Cóż, usunęłam poprzedni wpis w pijackim amoku popełniony. Siał ogólne zgorszenie i po prostu się nie nadawał. Dawno nie byłam w takim stanie, ale myślę, że niektórzy zrozumieją takie upodlenie się i wybaczą mi.
W telegraficznym skrócie: dzień 31.12.2008 był dla mnie niemal Dniem Sądu. Tego bowiem dnia straciłam pracę i rozstałam się z narzeczonym po 8 latach bycia razem. Komuś za mało? Gratuluję silnej psychiki [; Do mnie chyba do tej pory to nie dotarło, bo zamiast płakać dostaję jedynie nagłych ataków histerycznego śmiechu. No chyba, że praca i 8-letni związek tak mało dla mnie znaczą, że zasługują tylko na wyśmianie i tyle... Pozostaje jednak pytanie, dlaczego od tego nieszczęsnego sylwestra zalewam się systematycznie w trupa...
Mówią, że jaki Sylwester, taki cały rok. Błagam wszelkie moce na niebie i ziemi, aby w moim przypadku to się nie sprawdziło... Bo w ten Nowy Rok weszłam bezrobotna, samotna i nieprzytomna od hektolitrów taniego wina...
Powoli przestaję się śmiać. Nie jest mi do śmiechu, nawet jeśli wysilam się, aby ta notka była choć trochę zabawna. Nie jest mi kurwa do śmiechu w ogóle. Jestem załamana. Jestem zdemolowana psychicznie. Chcę cofnąć czas, chociaż wiem, że to nie ma większego sensu, bo zmienić się nic nie da, a musiałabym to wszystko przechodzić na nowo.. Najlepiej zapomnieć, że to się wydarzyło. Przestać myśleć, zasnąć. Tylko jak to kurwa zrobić, gdy każda rzecz w pokoju, w domu przypomina kogoś, z kim się przeżyło razem 8 lat? Zabłąkana koło łóżka koszulka, ulubiony kubek na stole czy mleczko po goleniu w łazience... Jak znieść samotne noce w zimnym, wielkim łóżku, nie czuć ciepła drugiej osoby, czy budzić się bez buziaka na "dzień dobry"?
JA PIERDOLE.
Wali mi się świat. Nie wiem, jak dalej żyć... nie wiem, czy w ogóle chcę dalej żyć.
Cholera, jeszcze wino mi się kończy!!!

Previous PageNext Page